|
Pod grusza (Karmina - goscinnie) Cos o mnie. Jest Nas Troje. I pies. Mieszkam ze swoja rodzina w Milwaukee, w stanie Wisconsin, od wielu, wielu lat. Mieszkam i jestem ale... tak jakos nie do konca. To znaczy, ciagnie mnie do swojego kraju jak nie wiem co. Ani z nas porzadni Amerykanie, a i coraz mniej Polacy, wiec czas sie zdecydowac - czy woz, czy przewoz. Chyba bedzie przewoz (gratow za Ocean) bo zaczelismy budowe domu w Krakowie i plany sa, zeby w nim zamieszkac jak juz sie wybuduje. Pozdrawiam. Karina *** ...To ja pozwole sobie cos przeklic od siebie, bo akurat wrocilam z kolejnego wypadu pod namiot i opisalam, jak to mi dobrze tak odpoczywac pod grusza. To nie jest zadne konkretne miejsce, liczy sie bardziej forma (namiot) niz tresc (czy jest co zwiedzic). Jestem tu nowa, nie wiem, czy tak sie to robi u Zamorskich - wklejajac notke tutaj - czy do kogos sie ja wysyla...? Biwakowanie mam chyba we krwi. Jako dziecko jeździłam na obozy, kolonie, zloty, najpierw jako zuch, później jako harcerz, wypady grupowe i indywidualne. To dopiero było coś. Wyjechać na dwa tygodnie na obóz pod namiot. Czy ktoś jeszcze pamięta te słynne dziesiątki? Wojskowe namioty z okrągłymi okienkami i za Chiny nie dającymi się domknąć płachtami wejścia? Moja miłość do wakacji pod gruszą i życia na walizkach przetrwała do dzisiaj. Dość szybko odkryłam, że kempingowanie w Ameryce jest równie łatwe (o ile nie łatwiejsze), jak w kraju. W naszą podróż poślubną zapakowaliśmy więc plecaki, śpiwory, namiot i wyruszyliśmy w blisko trzymiesięczą wędrówkę po Ameryce. * Kempingowaliśmy właściwie wszędzie. W śniegach Gór Skalistych, na pustyniach Nevady, w jaskiniach, w parkach narodowych, na łąkach, w lesie. Rozbiliśmy się nawet na wyspach Hawajów, bezpośrednio na plaży, zasypiając wsłuchani w kojący szum fal Pacyfiku. Było pięknie, ciekawie, wakacyjnie. Bywało też groźnie, bo a to głodny niedźwiedź węszył dokoła naszego namiotu, a to znowu piorunami waliło na prawo i lewo, a to ulewa nas podmyła, a to pomyliliśmy parki i w środku nocy w pośpiechu ewakuowaliśmy się przed grupą niezbyt przyjaźnie nastawionych do nas wyrostków. * Z biegiem lat wymieniliśmy wysłużoną dwójkę na coś większego. Mieliśmy przecież dużego psa i dziecko w drodze. Kupiliśmy namiot rodzinny, trzyizbowy. Owszem, jest teraz więcej zachodu, bo i namiot cięższy, większy, i już nie tylko plecaki, śpiwory i karimaty, ale także rowery i wózek trzeba wziąć ze sobą (jakieś zabawki, poduszeczki, pontoniki, kremiki, krzesła, krzesełka, stolik, stoliczek, koce, ręczniki, przenośną lodówkę...). Ale i tak warto. Jest to super przygoda dla nas, a teraz także dla tego małego człowieka, który pokochał biwakowanie tak samo jak my. Bez wakacji pod namiotem nie wyobrażam sobie lata. Tak najlepiej odpoczywam. Tak się relaksuję. Dorzucając drwa do ognia, rozmawiając godzinami albo milcząc ze sobą, wpatrując się w gwiazdy, trzymając B. za rękę, wtulając się w pachnącą ogniskiem bluzę, wsłuchując w odgłosy nocy, obmywając zmęczone nogi w zimnym, rwącym potoku, rozwieszając ręczniki na prowizorycznym sznurku między drzewami, budząc się wraz z pierwszymi promieniami słońca i chodząc spać z kurami. * I tylko czasem mam pecha i trafiam na przypadkowych biwakowiczów, takich, którzy nie wiadomo po co i w jakim celu przyjechali na kemping. Hałaśliwych, głośnych, krzyczących przenośnymi odbiornikami telewizyjnymi i radiostacjami z aut-potworów. Śmiecących dokoła, prowokacyjnie natarczywych w swoim rozumieniu "obcowania z naturą". Pozostaje mi wtedy jedynie przeczekać do następnego dnia, tygodnia, roku. I mieć nadzieję, że następna wyprawa przyniesie nam nieco bardziej wyciszonych sąsiadów. Takich, co to Herbertowską stosują zasadę, że "Poczucie smaku pewnych rzeczy robić nie pozwala"... *** Dziekujemy, zapraszamy! (Skierka w imieniu Zamorskich) zamorscy-przyjaciele 2007-09-22 12:56:31 skomentuj (8) Hej Przyjaciele zostańcie ze mną.... (Dorota) Hej przyjaciele, gdzie jesteście? Wyrośliście stąd? Zawsze wracacie? Tęsknicie? I uciekacie stąd… Realizujecie się na własnych blogach? A ja biegam po waszych zapiskach, czytam, komentuję lub nie i wszędzie czuję się jak gość. Dlaczego nie ma was tutaj? Choć na chwilę… A co z nami, którzy nie piszą własnych blogów i tylko na Zamorskich czuli się jak u siebie, wśród przyjaciół? Nie zostawiajcie nas. Proszę… zamorscy-przyjaciele 2007-07-27 20:07:35 skomentuj (14) Lubileusz (Skierka) Jej, zupelnie nie zauwazylam, ze to wlasnie teraz - w czerwcu - przypada trzecia rocznica powstania Zamorskich. No i co, no i co?? Jakies podsumowania, wnioski, plany na przyszlosc? Nie mam pojecia... Wiele sie wydarzylo przez ten czas, to pewne. Z "pnia" tego bloga (gluchy jak pien) wystrzelily nowe galazki - inne blogi. Wiekszosc jest w linkach, oraz inne fajne blogi tam sa. Cos na ksztalt srodowiska malego powstalo... Niektorzy autorzy rozkwitli - nie tyle nawet w pisaniu (to nie takie wazne), ile - jako ludzie, stali sie kims innym, niz byli tutaj na poczatku, zgromadzili wokol siebie przyjaciol - bynajmniej juz nie Zamorskich i nie wirtualnych. I to jest gleboki sens istnienia tego bloga, choc calkowicie uboczny i w zadnym razie niezasluzony przeze mnie. Niektore przyjaznie i znajomosci sie skonczyly. Tak pewnie musialo byc. Pojawily sie nowe, o ktore trzeba dbac, bo wszystko, co oswojone, wymaga stalosci i dbania - co w miare mozliwosci staram sie czynic; a Wy?? Dziekuje. Pozdrawiam. Tyle. zamorscy-przyjaciele 2007-06-21 22:51:17 skomentuj (10) Smierc nie odpuszcza latwo U Marka, szczesliwie - jakby lepiej, choc zapewne droga wciaz daleka... Ale ma szanse odzyskac zdrowie w pelni - co samo w sobie jest cudem! Zaczyna chodzic. Ma wrocic wkrotce do domu. Prawdziwe swieto Zmartwychwstania. Smierc jednak nie ospuszcza latwo... Najpierw waterloo napisala, ze w ciezkim stanie znalazl sie w szpitalu jej kuzyn. A dzis, tuz po powrocie ze swiatecznego wyjazdu, Dorota - kolezanka z pracy - zahaczyla mnie w windzie: - Wiesz oczywiscie, ze Pawel nie zyje? Oczywiscie, nie wiedzialam. Zrobilo mi sie zimno. Pawel: spokojny, cichy, wielkooki brunet, ktory pracowal w sasiednim pokoju, podsmiewal sie z dowcipow, ktore tam opowiadano, czestowal mnie cukierkami. Ledwie zaczelismy ze soba pracowac. Grzeczny, uczynny. Wydawal mi sie okazem zdrowia - potem mi powiedzieli, ze jest schorowany, a pozorna "masa" ciala to rodzaj opuchlizny, bardzo jasna cera "sinego bruneta" - slad choroby serca. Dobrze chociaz, ze wyslalam wszystkim zyczenia mailem tuz przed wyjazdem. Nie bylo mnie na firmowym "jajeczku", gdzie Pawel stal oparty o parapet, zartujac i komentujac zdarzenia z Ania, wesola dziewczyna z innego dzialu. Ale pamietam, jak na poprzednim spotkaniu Agnieszka, pracujaca w recepcji, wyciagnela go do tanca i jak zaczeli wywijac w waskim korytarzu, na firmowej czerwonej wykladzinie. - Ach, Pawel swietnie tanczy! - skomentowala to Hania, ktora byla z nim w jednym dziale. - Lubi to i robi naprawde dobrze, nie po raz pierwszy go widze. Ja widzialam po raz pierwszy i, jak sie okazuje, ostatni. Lubil tanczyc, zwracal uwage na ludzi, dzielil sie drobiazgami, nie zabieral glosu niepotrzebnie. Podobno byl fantastycznie sprawnym, pofesjonalnym grafikiem (az szkoda, ze widzialam go stale siedzacego nad bzdurnymi, jaskrawymi gazetkami naszego wspolnego klienta!). Lagodny, zrownowazony, powzechnie, jak sie okazuje, lubiany i szanowany. Mial tylko 24 lata, mloda zone i 3-letniego synka. W Wielkanoc mial wylew. Dzis caly dzien nam uplynal pod znakiem nekrologu, pozegnania, napisu na szarfie, lez w oczach. Ech, zycie. A przeciez to tylko moja praca - nowa, od niedawna. Przeciez ledwie go poznalam. Nie planowalam, ze sie bede zaprzyjazniac, przywiazywac, plakac po kims - nie tak mialo byc :((( zamorscy-przyjaciele 2007-04-11 21:44:15 skomentuj (15) Życzenia Wielkanocne (Wojtek) ![]() zamorscy-przyjaciele 2007-04-06 18:56:30 skomentuj (1) ZYJE MAREK!!! [pozwolilam sobie przekleic te wiadomosc z bloga drugiej-mamy. Przepraszam Cie, Pursulko, ktora wlasnie "odrobilas lekcje" w sprawie Moje Miejsce na Ziemi - wiem, ze nie bedziesz mi miala zaa zle odciagania uwagi od Twojej notki ;) ] * * * ZYJE!!!!!!!!!!!!!!! ZYJE! zYJE! zYJE! Ludzie, jestem najszczesliwszym czlowiekiem pod sloncem. Operacja byla bardzo dluga i bardzo trudna. Wystapily komplikacje. Chcial mi zwiac, chlopina, ale nie mja lekko - tak latwo sie nie umiera :) A tego neurochirurga to jutro po rekach wycaluje normalnie! Lece z nog ale nie ma to kompletnie zadnego znaczenia. Asia mnie przy zyciu trzymala calkiem skutecznie - mam nowa siostre! Takiego wspolnego dowiadczenia sie po prostu nie zapomina. Zjadlam najlepszy na swiecie rosolek - dzielo Krysi kochanej, teraz pije herbate z cytrynka i wale sie spac. O szostej pielegniarka konczy zamowiony dyzur a ja wracam do Mareczka jak nowa. Nie mam sily ani czytac ani pisac, sorry, ale wiem, ze jestescie, czuje wasza obecnosc. I prosze o jeszcze, bo to dopiero poczatek... Dzis znow dziekuje Bogu za kolejny cud, jaki uczynil w moim zyciu. I ide spac, bo po prostu zaraz padne na dywan Kryni i wyladuje kolo meza na intensywnej terapii :) Hmmmmm.... calkiem interesujaco zabrzmialo :) druga-mama 2007-03-23 21:26:43 skomentuj (17) * * * Dzieki, Asiu, dzieki, Kryniu!! Chyba dam na msze, slowo daje... zamorscy-przyjaciele 2007-03-24 11:21:16 skomentuj (5) Moje miejsce na Ziemi (Pursulka-Martyna) Bylam na studiach, kiedy zapytana przez owczesnego „przybocznego” o przeprowadzke do innego miasta obruszylam sie, niemal prychnelam. Przeprowadzka do innej dzielnicy w obrebie ukochanego Poznania byla wlasciwie niemozliwa. Bo Dziadzio przeciez mieszkal od Nas (mnie i Mamy) niecale dwie minuty drogi i jak to tak.... zostawic go samego (Babunia od paru lat ogladala nas z gory). Przyjaciele prawie wszyscy mieszkali blisko. Do Truskawki – przyjaciolki z piaskownicy – moglam wpasc na poranna kawe, po drodze sprawdzajac czy Dziadzio dotarl juz do domu po mszy i zasiada do sniadania. Do Lika – Karolika moglam przejsc w paputach – mieszkala po przeciwnej stronie tej samej, wielkiej klatki schodowej. Do Milka – przyjaciolki ze szkolnej lawki jechalam 10 min autobusem, do Korbusia, przyjaciela z czasow kiedy na religie chodzilo sie do kosciola – dreptalam 10 minut spacerkiem. Najdalej bylo do Bielska i Katowic. To drugie, oswojone dzieki polrocznym wyjazdom w dziecinstwie, miejsce, ktore smialo moglam nazwac Domem. Byl to jednak Dom wakacyjny, chwilowy, w ktorym spotykamy sie cala rodzina do dzis na Swieta wieksze i mniejsze. Moim miejscem na ziemi przez 25 lat byl Poznan i nie wyobrazalam sobie, ze kiedykolwiek bede mogla i chciala to zmienic. Wyjechalam zaraz po studiach do tego malutkiego, prowincjonalnego miasteczka na poludniu Stanow. Przeprowadzkom nie bylo konca. Przez pierwsze dwa lata zmienilam adres conajmniej trzy razy. A to wspollokatorzy sie wyprowadzili, a to do pracy bylo daleko, a to skonczyla sie umowa najmu, a to znalazlam lepsze lokum..... I nagle okazalo sie ze wlasciwie wystarczy przeniesc lozko, patchworkowa posciel, swieczke, pare zdjec w ramkach, aktualnego „przybocznego” i po chwili czlowiek czul sie prawie dobrze.... To bylo, jednak, przyznac to musze szczerze, zycie studencko- imprezowe, przeplatane wariacka, ponad sily i mozliwosci praca. Jak tylko na chwilke zatrzymal czlowiek te wielka machine – uczucie pustki, zmeczenia nie do odespania i jakiegos wewnetrznego chaosu, nawiedzalo czlowieka natychmiast. Po pieciu latach, spakowalam dobytek w pare kartonow i przefrunelam z dusza na ramieniu ale takze z wielka nadzieja na to, ze w Polsce odnajde spokoj i swoje miejsce. Wyladowalam w Berlinie. Cala trase do Poznania przez okna samochodu ogladalam jakze inny, jesienny krajobraz polskiej wsi. Palone liscie, zlote slonce, szybki zmierzch, zapach ziemi – byly tak rozne niz karolinskie palmy, Ocean i wielkie przestrzenie autostrad amerykanskich. Osiedle, moj dawny pokoik, bloki, chodniki i samochody mimo pieknej aury robily przygnebiajace wrazenie...Nie potrafilam tego zrozumiec. Wszystko wydawalo sie jakies bardzo skromne, niewielkie i chyba jednak szare (mimo swiezo polozonej na wszystkich blokach farby, nowych oslon na balkonach i zlotej, polskiej jesieni na kazdym drzewie). Bardzo szybko odnalazlam stare,wydeptane sciezki. Co prawda Truskawka przeprowadzila sie pod Poznan, Korbi kupil mieszkanie w innej dzielnicy, Milek zostal w Stanach ale Lik-Karolik przypadkowo ponownie mieszkal w sasiedztwie a do Patrycji (kolezanki ze studiow) mialam ze swojego przytulnego, oddanego do dyspozycji przez Tate, mieszkania, tylko10 minut marszem. Szybko podlaczylam telefon, internet, znalazlam najblizszy basen i prace. Wykupilam sieciowke, sprawdzilam, ktory sklepik ma najlepsze jablka i surowki, zaczelam regularnie sledzic program teatrow i koncertow. Bielsko przywitalo mnie jak zwykle spokojem bezowych murow i zielonych okiennic domu. Wszystko bylo jak dawniej. Okragly, wielki debowy stol w jadalni, ukochane Ciocie, wielki orzech w ogrodzie i niedzielny spacer po gorach. Polska przestala wydawac mi sie szara bardzo szybko. Jak zwykle zaprosilam wszystkich przyjaciol w styczniu na wielkie wspominanie i nie tak wielkie pijanstwo. Wielkanoc przyszla do mnie ponownie w Bielsku a przerwa majowa zaowocowala wyjazdem na Lemkowszczyzne. I gdyby nie to, ze moja praca dosc nagle sie skonczyla, moj przyszly maz nie mogl przyjechac na zaproszenie bezrobotnej narzeczonej(co przy zapraszaniu obywatela Federacji Rosyjskiej jest nie bez znaczenia) a mnie wpadlo do glowy ze moze niewiele to zmieni jezeli na chwile jeszcze pojawie sie w USA a do Poslki wrocimy juz razem– to pewnie wlasnie budowalibysmy kolejna sciane naszego drewnianego domku. Moje miejsce na ziemi jest w Polsce. Tam gdzie wszystkie, myslace i czujace podobnie twarze ludzi najblizszych i dalszych pojawiaja sie przy okazjach takich czy innych, przy rozmowach do switu i tych pieciominutowych. Moje miejsce na ziemi jest tam gdzie moj Stas bedzie mogl nauczyc sie polskich koled, polskich wierszy, polskich piosenek, przeczyta po polsku gazete i ksiazke i nie powie do mnie Mommie tylko Mamusiu. Moje miejsce jest tam gdzie bede mogla podzielic sie tym co mam z ludzmi, ktorzy towarzysza mi cale moje zycie. I nie wazne, ze jak przyjada w odwiedziny beda spac na materacu w duzym pokoju a mnie nie bedzie stac zeby oplacic im hotel. Nasze rozmowy bede pamietac, tak jak pamietam wszystkie te, ktore mialy miejsce dopoki nie wyjechalam. Tutaj moglabym za chwile miec dom, co roku zmieniac samochod, kupowac sobie najpiekniejsze ciuchy i nie martwic sie o to czy wystarczy nam na wakacje. Na moje urodziny nie przyszedlby nikt kogo kocham i cenie, Swieta spedzalibysmy tylko w trojke a Rodzina i znajomi znaliby Staska tylko ze zdjec..... Nie, nie... moje miejsce jest w Polsce. Wypuscic sie w daleki swiat zawsze mozna jeszcze na chwilke.... ale najpierw trzeba posadzic swoje drzewo... Synka juz mam. zamorscy-przyjaciele 2007-03-23 21:44:43 skomentuj (3) Marek Przyjaciel nasz jest w szpitalu. Stan ciezki, stabilny. Ma byc operowany. To Marek, maz Magdusi, ktora tu razem z nami rozwijala watek zamorskich-przyjaciol. Strasznie sie martwie. Caly czas mam nadzieje, ze Pan Bog ma swoje, zupelnie inne, niz sie obawiamy, plany w stosunku do tej dwojki wspanialych ludzi, ktorzy tak bardzo sie kochaja - i w stosunku do ich rodziny, nad ktora opieka Opatrznosci czesto zdawala sie tak wyrazna. Wstyd byc malej duszy i watpic, skoro sie wierzy, nalezaloby ufnie patrzec w przyszlosc. Ale czlowiek jest malutki i najbardziej chcialby, zeby juz bylo dobrze, juz bylo po strachu. Markowi trzeba zdrowia, szczescia, szybkiego powrotu do domu. Magdusi duzo sil, spokoju i nadziei. Ich dzieciom swiadomosci, ze wielu ludzi mysli o nich i w razie czego pogna z pomoca. Jest o co sie modlic. Mnostwo ludzi sie modli juz od kilku dni, Magda mowi, ze lancuch prosb opasal Ziemie - od osob prywatnych przez wspolnoty, ze niemozliwe, zeby Bog tego nie uslyszal. Mysle, ze slyszy i wie - ale dolaczcie i Wy :)) Im wiecej nas i im wiecej dobrej mocy jestesmy w stanie poslac im dwojgu i w niebo, tym lepiej. Na newsy mozna liczyc na blogu Usmiechulosu - patrz link ASIA po prawej (mieszka na Slasku, Magda byla jej gosciem, a obecnie przeniosla sie do Kryni - tez blogoprzyjaciolki; ktora mieszka niedaleko szpitala). *** OPERACJA MA BYC W PIATEK. *** Duzo dobrych mysli Markowi rzeba bedzie od nas... Usmiechlosu wymyslil jeszcze cos, nie chce zdradzac na Zamorskich - ale mozecie przeczytac u niej. Poza tym, poslalam maile wszystkim Zamorskim. Jezeli macie ochote, przylaczcie sie. Pozdrawiam, S. zamorscy-przyjaciele 2007-03-19 21:14:44 skomentuj (7) Moje miejsca na Ziemi (Chuda) Zdumiewają mnie są zbiegi okoliczności. O, na przykład tutaj: Magdusia rzuca temat “moje miejsce” i zaprasza do zwierzeń, a ja właśnie stoję na rozdrożu, w pyle dróg, i rozglądam się, w którą by tu pójść stronę, zastanawiam się, czy przeflancować naszą rodzinę na zupełnie nowy grunt, czy zostać, czy wrócić. Bo z jednej strony zostać jest najwygodniej. Zamienić mieszkanie na większe, co w kontekście powiększającej się rodziny jest raczej nieuniknione, i zostać w Krakowie, najlepiej tak jak teraz, poza rejonem, w który dolatują gołębie. Kraków kochałam zawsze. Od pierwszej szkolnej wycieczki, od hejnału słuchanego co niedziela w trzeszczącym radiu u dziadków przed rodzinnym obiadem. Zazdrościłam rodzinie mieszkającej w Krakowie, która na każde święta przysyłała kartki, i do której adresowało się życzenia na ul. św. Marka. Kiedy w końcu ich odwiedziłam, mało nie padłam z zachwytu, że to tak blisko Rynku. Kiedy zaczęłam studia w Krakowie, uwielbiałam te poranki, kiedy przed 9.00 przecinałam płytę Rynku biegnąc na zajęcia. Było pusto, w powietrzu unosiła się poranna mgła, pod Adasiem rezerwiści wydobywali z zachrypniętych gardeł ostatnie okrzyki, obsługa kawiarni, restauracji i kafejek myła szlauchem chodniki przed lokalami i leniwie rozstawiała stoliki. Kamienice spały jeszcze mocno po kolejnej przebalowanej nocy, trzeźwiejąc na rześkim powietrzu (Rynek krakowski nigdy nie zasypia na długo, latem o 4.00 jest tam równie gwarno i rojno jak o 16.00). A jak spojrzałam w dal, w kierunku zamglonego Wawelu, to mnie taka błogośc ogarniała, że byłam zdolna tylko myśleć “Dzięki Ci Panie, że tu jestem i to widzę”. Widywałam ja i nocny Rynek, nie myślcie sobie, że taka cnotliwa studentka ze mnie była, że tylko te poranki. Wybrałyśmy się onegdaj z moją przyjaciółką D. na Rynek nocą, na piechotę z miasteczka studenckiego. Zasiadłyśmy w ogródku z widokiem na wieżę ratuszową, dwie damy w powłóczystych sukniach, bo takie się czułyśmy wtedy zwiewne i eteryczne, i zamówiłyśmy napoje bynajmniej nie przystające cnotliwym studentkom zacnej filologii polskiej, ale korespondujące z naszymi strojami. Wszak zwiewne damy gorącą, czerwcową nocą na Rynku nie pijają kakako. Poprosiłyśmy o martini i dostałyśmy je z oliwką. Żadna z nas nie znała jeszcze tego specjału, więc po wysączeniu drinka chciałyśmy spróbować, co to takiego. Nasze reakcje były identyczne: oczy w słup i tfuuuu! z powrotem do kieliszka. Zgoła jak nie damy. Kocham Kraków z turystami, gołębiami, Kazimierzem, Wisłą, Pożegnaniem z Afryką, kinem Mikro. Zawsze będzie to część mnie. ALE. Ale marzy mi się domek gdzieś na wsi spokojnej, z ogródkiem, w którym posadzę krzew piwonii i poziomki pod płotem i malwy przed kuchennym oknem, i brzozę, i maciejkę posieję, żeby pachniała tak, jak pamiętam z dzieciństwa. I z tyłu, od południa, z widokiem na góry, będziemy mieli miała werandę obitą drewnem, skrzynki i doniczki z pelargoniami i skrzypiące schodki do ogródka, do tych poziomek. I fotel bujany wiklinowy. I psa będziemy mieli, wielkiego i kudłatego, i będę chodziła w słomkowym kapeluszu na głowie i w kwiecistych sukienkach. I tylko gdzie ten domek miałby stanąć? Może pod Krakowem? A może w moim rodzinnym miasteczku, gdzie (zapewne zupełnie przypadkiem!) mamy działkę z widokiem na góry i z możliwością werandy od południa. Bo moja rodzinna okolica ciągle we mnie żyje, a ostatnio myślę o niej znacznie częściej, niż wcześniej. Kiedy tam bywam teraz, z perspektywy Krakowa potrafię dojrzeć to, czego nie widziałam przed laty, owładnięta szaleńczym pędem, żeby wyrwać się w świat. Czyli do Krakowa właśnie :) Patrzę na rynek, który jest centrum komunikacyjnym, skąd odjeżdżają busy i autobusy do pobliskich miast i wsi, ale też przejeżdżają lśniące autobusy dalekobieżne, po których w smrodku spalin wyczuwa się dreszczyk wyprawy w dalekie strony. Chodzę po rynku, gdzie umawia się miejscowa młodzież w sobie tylko wiadomych celach, oglądam pomnik św. Floriana, obrośnięty zielenią, przyglądam się krzywej nawierzchni. Widzę klasyczny małomiasteczkowy spokój i luz. Pasażerowie czekający na autobus, pijaczkowie kręcący się pod sklepem z nadzieją, że ktoś postawi, zacne matrony, przechadzające się z siatkami na zakupy. Jeśli ktoś się spieszy, to spieszy się niespiesznie, jakby wszyscy tutaj wzięli sobie do serca łacińską maksymę festina lente. Zdumiewające, bo trudno, przyznacie, podejrzewać odwiecznych pijaczków o mózgach wyjałowionych siarą z niewinną wisienką na etykiecie, o znajomość klasycznych senstencji. A może to ja upraszczam? Nie tkwię w błędnym przekonaniu, że “tu się nic nie zmieniło”. Zmieniło się, owszem, bardzo wiele. Na placu targowym, gdzie kiedyś sprzedawałam maliny, zrywane o poranku na plantacji rodziców, stanęły budki, kioski, sklepiki, stoły. Toaleta publiczna, którą omijało się szerokim łukiem jak najgorszą melinę, została odremontowana, wypucowana i pachnie. Budynki urzędowe wyremontowano i odpicowano, na ich podwórzu położono nową kostkę brukową. Budynek lecznicy dla zwierząt przeorano do gołych ścian nośnych i zrobiono porządne, nowoczesne przedszkole, zgarniając w jedno miejsce dzieci z kilku placówek. I chyba tylko Burmistrz, swój chłop, nie poddał się ogólnej tendencji renowacji, bo nadal jeździ starym polonezem. Ale nie wszystko w moim miasteczku zmieniło się na lepsze. Są tereny niczyje, nie gminne, więc tak naprawdę nie wiadomo skąd wziąć na nie pieniądze. Z placu zabaw w parku zostały tylko te elementy poszczególnych atrakcji, które są przybetonowane w ziemi. Od czasu do czasu litościwie pociąga się je świeżą farbą. Muszla koncertowa, niegdyś miejsce hucznych akademii i cel rodzinnych spacerów, na których zachwycałyśmy się prawami akustyki, zarośnięta, omszała, popękana. Park zdziczały, malownicze stawy wyschnięte, asfaltowe alejki pełne dziur. I chce mi się do tej mojej krainy dzieciństwa, bardzo mi się chce. ALE. Ale może by tak jeszcze gdzieś w świat wyskoczyć? Może pomieszkać trochę w Nowej Zelandii? Mąż mi już obiecał stadko owiec, które mogłabym wypasać w towarzystwie naszych dziatek. Zielono, cicho, spokojnie, sielsko-anielsko... ALE. I tak cały czas, w kółko, zawsze jest jakieś ALE. Od rana do wieczora :) zamorscy-przyjaciele 2007-03-12 16:14:18 skomentuj (5) Dolina Rospudy (Wojtek) Widzę, że nie jestem jedyny który sprawą Doliny Rospudy się przejmuje, czego dowodem jest choćby zielona wstążka. W zeszłym roku byliśmy na spływie kajakowym w tej dolinie. Naprawdę, śliczne miejsce! To były jedne z moich najpiękniejszych wakacji w życiu. Oglądając kolejne informacje na ten temat, właściwie poza dodaniem osławionej wstążki wiele nie mogłem zrobić. Na szczęście jednak nie byłem (byliśmy?) sami i oto na Gazeta.pl ukazał się artykuł który można uznać za iskierkę nadziei. Może - przy poparciu UE, ekologów, a przede wszystkim nas - uda się uratować tak piękne miejsce? Naprawdę, niewiele jest takich miejsc na Ziemi i trzeba o nie dbać. Zachęcam do dołączenia sie do akcji wszystkimi sposobami... Uf, uf. Debiut chyba niezły. zamorscy-przyjaciele 2007-02-26 13:26:44 skomentuj (2) Tam snieg i slonce, a tu szaro i srebrnie ![]() No nie caly czas tak znowu szaro, ale co sie z chmurami na niebie wyrabia to zwariowac mozna. Tak dla zrownowazenia tego slonecznego Mifowego ... Uklony z Lancaster zamorscy-przyjaciele 2007-02-26 13:15:41 skomentuj (0) Stały motyw narciarski Co roku był, więc niech i teraz będzie - mimo słabej zimy w Tatrach jest na czym pojeździć ;-))) ![]() Mifo zamorscy-przyjaciele 2007-02-25 14:36:53 skomentuj (1) ALE FAJNIE TUTAJ!!!! (Skierka) Wow...! Wiosna przyszla na Zamorskich...! Ja nie umiem robic takich fajnych rzeczy, ale od czego ma sie przyjaciol?!... Te piekne krokusy i zielen zawdzieczamy mlodemu zdolnemu projektantowi stron, Wojtkowi M., i jego Mamie, czyli Beacie. SUPER!! Bardzo dziekujemy! [link na strone wlasna Wojtka wlasnie zostal dodany, wiec gdybyscie mieli ochote zobaczyc, co i jak pisze, albo zamowic u niego wlasna stronke, to tamtedy prosze;) * A skoro juz tak tu zielono - to nie moge nie wspomniec o innej bardzo zielonej stronie: "NIE TEDY DROGA" - BLOG ADAMA WAJRAKA, ktory wlasnie teraz, z 40-toma innymi "rozbojnikami", biwakuje w dolinie Rospudy. Latwo sie protestuje latem, w pelnym sloncu, ale przy tych temperaturach i dlugo trwajacej niepewnosci nad Rospuda jest naprawde hardkorowo. Poczytajcie zreszta sami. Warto nie tylko poczytac - ze strony Adama W. mozna pobrac zielona wstazeczke, znak rozpoznawczy ludzi, ktorzy popieraja protest przeciw puszczeniu tamtedy autostrady. Mozna zrobic wiecej - wyslac list do premiera i list do prezydenta. I jeszcze cos - mozna zaadoptowac drzewo albo dowolna liczbe drzew. Kosztuje to tylko 5 zl od sztuki. Wszystkie potrzebne wyjasnienia znajdziecie na blogu. W zamian mozna zyskac symboliczne obywatelstwo Doliny, z wirtualnym zielonym paszportem. Fantastycznie to wszystko wymyslono. Do biwaku ekologow dolaczyli, cicho i skromnie, panstwo Gwiazdowie - Andrzej Gwiazda, bohater strajku w Sierpniu 1980 r., wciaz potrafi opowiadac sie po slusznej stronie. My pewnie nad Rospude nie pojedziemy, ale mozemy mimo wszystko zrobic cos wspolnie z tamtejszymi twardzielami, siedzac w cieple przed komputerem. To nie tak wiele, ale zawsze cos. Pomyslcie, ze oni tam przy minus 20 stopniach mrozu w nocy, w cienkich namiocikach, na karmatach, w spiworach - robia cos naprawde waznego dla nas wszystkich. Nawet dla mieszkancow Augustowa, choc tam nie wszyscy jeszcze zdaja sobie z tego sprawe. Mysle, ze chcieliby kiedys przed wlasnymi dziecmi i wnukami oczami swiecic, ze kiedys zachowali sie tak samolubnie i krotkowzrocznie, nie chcieliby stac sie jakims przyslowiowym "wachockiem", nowa stolica glupoty w Polsce. Dlaczego politycy tak uparcie trwaja przy swoim? Na pewno mysla, ze zima im sprzyja i z powodu mrozow ekolodzy szybka wymiekna. Mysle, ze sie myla. Pomaranczowy oboz na ukrainskim Majdanie przetrwal mrozy i wywalczyl swoje, bo ludzie wierzyli ze to sluszne. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, zwykle chodzi o kase... Poza interesami transportowcow, drogowcow, lapowkami, interesami mniej i bardziej legalnymi, czesto wtajemniczeni inwestuja ciezka forse w tereny, przez ktore ma przejsc autostrada... tylko po to, aby na tej inwestycji wielokrotnie zarobic przy autostradowych wywlaszczeniach. A jesli potem autostrady ma w okreslonym miejscu nie byc? Wychodzi sie na idiote i idzie z torbami. Beda walczyc i gryzc do ostatniej kropli krwi. Przypuszczam, ze sprawa bedzie jednak sie ciagnac na tyle dlugo, i juz na tyle stala sie glosna, ze zaczna wyplywac i takie fakty - nie zdziwie sie, jesli w najblizszym czasie uslyszymy, kto "uwlaszczal sie" pospiesznie nad Rospuda... I z pewnoscia nie beda to tak smiesznie male dzialki, w jakie dla obrony Doliny zainwestowali ekolodzy. Zajrzyjcie, sprawdzcie, jak sie zapowiada wiosna nad Rospuda. zamorscy-przyjaciele 2007-02-24 18:32:34 skomentuj (4) Moja Kasia (Dorota) Moja Kasia wlasnie zdobyla tytul magistra. Radość i… tesknota za ta malutka Kasia, która już nie jest malutka. Teraz ona będzie szukac swojego miejsca na ziemi. I jestem pewna, ze jej się uda… zamorscy-przyjaciele 2007-02-19 14:05:32 skomentuj (5) A ja.... (Skierka) Kiedys, jako 12-latka, bylam na wakacjach w Nowej Hucie. Normalne kolonie, z licznymi wycieczkami do Krakowa, Wieliczki i rozmaitymi kolonijnymi atrakcjami. Pisywalam do mamy dlugie listy. W jednym z nich z egzaltacja i emfaza kozy wyznalam, ze "Krakow jest miastem mojego zycia"! * Wczesniej bylam tam raptem dwa razy: jako trzyletnie dziecko i pozniej jako szesciolatka (zgubic w kopalni soli powtarzajacy sie kaszel, co sie udalo). Moja Mama pochodzi spod Krakowa, bylo to wiec bardziej miasto jej zycia: tu chodzila do gimnazjum, na spacery po Plantach, umawiala sie na randki na starym cmentarzu, fotografowala z kolezankami pod Pomnikiem Grunwaldzkim, tu jako mloda dziewczyna nalezala do krakowskiego AK (pseudonim "Brzoza", aktualnie podporucznik w stanie spoczynku ;) * Kiedy mnie "wzielo" na Krakow, trudno powiedziec. Wlasciwie powinnam miec uraz: na Rynku tak mnie, szescioletnia, obskoczyly golebie, ze czulam sie jak w "Ptakach" Hitchcocka, nie ucieklam z krzykiem tylko dlatego, ze wlasnie robiono mi zdjecie... Za kazdym razem musze sobie przypominac, ze to miasto wcale nie sklada sie wylacznie z Plant oraz Rynku, ze ludzie mieszkaja na roznych krakowskich Ursynowach i wcale ich nie lubia. Oraz, jak madrze powiedziala jedna z MOICH bohaterek ("Zamorskie przyjaciolki", nomen omen), majaca za soba kilkuletni epizod emigracyjny we Wloszech - "Zabytkow nie mozna jesc". Staram sie o tym pamietac, ale za kazdym razem to samo: uwielbiam. Gapie sie jak stuknieta na znajome budynki i ulice, na detale architetoniczne, sredniowieczne kruzganki drewniane w brudnych podworkach, na rzezby, krzyze, zlote gwiazdy na stropach, biale wapienne kamienie wyslizgane butami albo kolanami, na karteluszki z prosbami, pokrywajace sarkofag ktoregos ze swietych, na grube mury, na zaskakujace przejscia - i uwielbiam... * Krakow co jakis czas mnie uwodzi, zupelnie niespodziewanie. Trafilam kiedys, wiele lat temu, na pyszne ciacha w kawiarni ponad przejsciem z Rynku w zaulek - od tej pory obowiazkowo chodzilam na takie ciastko, przy kazdym pobycie w Krakowie. Lata pozniej ciastko okazalo sie "wadowicka kremowka" Papieza (nota bene, te najlepsze przywozone sa do Wadowic wlasnie z Krakowa). Mialam swoj ulubiony bar mleczny, lubilam tam chodzic na jajka po wiedensku, zaczynajac dzien w cichym jeszcze miescie, tuz po wyjsciu z pociagu. Zupelnie szczesliwa jestem, lazac po prostu po Rynku, ze swiezym preclem w zebach, i gapiac sie na okoliczne zycie - ludzi, dzieci, psy, kwiaciarki, konie przy dorozkach. Uwielbiam. Zawsze bede pamietac przygode podczas Reminiscencji Teatralnych, na ktore wyslano mnie kiedys sluzbowo... Spoznilam sie na spektakl, nie moglam znalezc wejscia do teatru o dziwnej nazwie: "Teatr 38" (nazwa wziela sie od liczby krzesel). Drzwi byly schowane, nieduze, a kiedy trafilam w koncu na nie i otworzylam cichutko, wokol bylo dosc ciemno, a przede mna drewniane stopnie. Byla tam tylko jedna zywa dusza: mlody mezczyzna w ciemnym stroju, z jasnym kolnierzem. - Przepraszam - powiedzialam cicho, cala w nerwach. - Spoznilam sie, nie wiem, ktoredy na widownie? Jestem dziennikarka... - Prosze pojsc tedy - pokazal, i slicznie sie usmiechnal. Po czym podal mi reke: - A ja jestem Hamlet. Okazuje sie - wlazlam od zaplecza, zza sceny. * Krakow to dla mnie takze ludzie i miasto ogladam przez nich, jak przez pryzmat. Enklawa osob kulturalnych, utalentowanych, o duzym osobistym uroku, o delikatnym, wyrafinowanym, szczegolnym poczuciu humoru. Niejednego takiego Krakusa poznalam. W Krakowie czesciej spotyka sie "ludzi, ktorzy znaja Jozefa", czy tylko tak mi sie wydaje? Nie mam pojecia. Nie wiem, czy moglabym tam sama zamieszkac. Ale to nie wplywa na fakt, ze - jak dla mnie - nad tym miejscem trwa jakas magia, i mam nadzieje, ze nie rozproszy sie zbyt szybko. Spotkalam w zyciu kilka takich szczegolnych, magicznych miejsc. Wszystkie uwielbiam. zamorscy-przyjaciele 2007-02-17 18:58:25 skomentuj (4) Lokalny koloryt (Czarna Ewka) Mieszkam na obrzeżach Poznania (Puszczykowo) z ciagle tym samym mężem-rzezbiarzem, dwiema Hormonalnymi (córki;), psem oraz kotem. Moje Hormonalne to zapalone "koniary", spędzające upojne godziny wśród końskich kup w stajniach Chłapowskiego. * Puszczykowo to trochę dzielnica starych hrabin, ale bardzo niejednorodna: sztuczny twór administracyjny, powstały po zlepieniu kilku dzielnic?- osad?- wioseczek? Jest śmiesznie. Dom kupilismy od hrabiego Steckiego, a jego adres dał nam hrabia Czartoryski. Autentycznie :) Hrabiów jest tu od cholery i różnorakich starych profesorowych, mecenasowych itd. Zwłaszcza w części puszczykowskiej dolnej. My, proletaryat, jesteśmy w puszczykowskiej górnej, mając za sąsiadkę rzeźniczkę ;) * Faktem jest, że ?w warzywniaku, w dzień targowy, takie toczą się rozmowy": - Wczoraj był minister Pałubicki. Źle wygląda! Słyszała pani może, czy choruje? - Nie wiem. Będę jutro u Gustawów Czartoryskich, to spytam. * Jest tu kilka przepięknych domów, często straszliwie zaniedbanych. Są też "nowe pieniądze" - straszne! Kilka domów dalej mieszka N. - jeden z zamozniejszych ludzi w Poznaniu. Kiedy budowano jego dom, byłam przekonana, że stawiają kościół (rozmiar + bezguście). Sama kuta brama posesji warta jest kilkaset tysięcy - a facet przed domem stawia sobie plastikowe pawie?! Saska Kępa toto nie jest ;) Ale mieszka się dobrze, z uwagi na bliskość lasu, i na lokalny koloryt - postawisz rower pod sklepem, nikt Ci go nie rąbnie; zostawisz w warzywniaku hasło, że potrzebujesz namiary na solidnego anglistę - na drugi dzień masz. * Z czasem okazało się, że jednak dom trzeba rozłożyć na części pierwsze i zrobić generalny remont. Teraz mieszkamy w stanie permanentnego remontu, z betonem u stóp, co ma swoje dobre strony: nie ma co za bardzo sprzatać ;) A fakt, że obok domu maz ma pracownię, za domem rozciąga się Wielkopolski Park Narodowy, a nad jezioro Góreckie mamy 40 minut dziarskiego marszu przez las, jakoś te wszystkie niedogodności osłabia? *** [To jest glos Ewy, skomponowany za jej zgoda na podstawie jej maili - sluchajcie, ona mowi, ze sie WSTYDZI tu pisac po osobach, ktorych nie zna!! Czy ktos moze nowej kolezance wyjasnic, kim sa Zamorscy i o co w tym wszystkim chodzi? Czy ktos moze jeszcze sie wstydzi...? Pozdrawiam, S.] zamorscy-przyjaciele 2007-02-17 18:35:59 skomentuj (3) Gdzie moje miejsce? (Dorotka) Tak ładnie piszecie. Dziennikarze, redaktorzy, pisarze, nauczyciele... A ja, mała księgowa z małego miasteczka, bez wielkich talentów literackich boję się pisać, ale czasem - wybaczcie - muszę. Gdzie moje miejsce, mój dom, mój świat? Wiele lat szukałam, biegałam wiąż przerażona, że coś mi umyka, że wciąż nie tak, że nie zdążę, nie potrafię, że dotrę, że może trzeba było inaczej. Marzyłam, wierzyłam, czekałam. I ciągle bałam się wszystkich i wszystkiego. I tak jest nadal, ale dziś, gdy dzieci odchodzą wiem na pewno, że dałam radę, mimo iż nie odnalazłam swojego miejsca na ziemi. Nie dlatego, że jestem tu gdzie jestem i wśród ludzi tych, a nie innych. Jestem szczęśliwa i jest mi dobrze, naprawdę. A moje miejsce, mój dom, mój świat? Są po prostu we mnie. *** [Dorotko, pozwol, ze wyciagne Twoj wpis z komentarzy (nie niszczac ich jednak) - na godne go miejsce; by blog nam przyrastal. Gdziekolwiek piszesz, nie masz sie czego wstydzic, ten "kawalek internetu" jest rowniez dla Ciebie i bez Ciebie rozwijal sie nie bedzie! Prosimy czesciej :)) S.] zamorscy-przyjaciele 2007-02-17 18:31:16 skomentuj (0) Podwojne korzonki (Wlodek, Lancaster) ![]() Tak naprawde, gdziekolwiek pojedziemy, to kazdy i tak jest i pozostanie "kims kogos": czyims sasiadem, synem, rodzicem, przyjacielem czy ex-malzonkiem. Ja przez lata bylem Panem od Buki, tata Kasi, "Oliver's dad" ... juz nie mowiac o innych powiazaniach. I to mnie definiuje w duzej mierze. A to, ze lubilem i nadal lubie od czasu do czasu byc samotnym w tlumie, bezkarnie gapic sie na przechodniow, czy znienacka pojsc na koncert albo wystawe, nie zmienia faktu, ze lubie jak Pan Rzeznik wie jaki kawalek i czego mi nalezy podsunac, kiedy mi sie szeroko moi studenci usmiechaja kiedy sie na mnie natykaja na ulicy, jak dojrzewa mi agrest w ogrodzie i kiedy przychodzi do mnie kot zeby sobie ze mna pomruczec kiedy siadam na schodkach przed domem. Wiec nawiazujac do nowej kanwy blogowej, to chociaz mnie wynioslo za morza, to korzonki juz tu pozapuszczalem - korzonki w duzej mierze ludzkie (troche tez i zwierzece). Z drzew to mam tu brzoze, ale i wisienke tez posadzilem. Miasta, tlumy, krajobrazy, chmury, teatry i jeziora sa tez czescia tego korzonkowania, ale chyba wtorna. Mam tez i moje warszawskie korzonki, i za nic ich nie powyrywam. Bo kiedy laduje (londuje! ogonki, psianoga!) w W-wie, to mimo wszelkich dziwnych, upiornych chwilami wiadomosci nt. ptactwa domowego (mam nadzieje przelotnego), laduje w moim miescie, znajduje swoje miejsca, no i mam tu rodzicow i przyjaciol. Tu w Anglii tez mnie czasem pytaja gdzie jest moj dom. A ja im wtedy mowie, ze mam dwa. Uklony z pochmurnego Lancaster *** [Panie Wlodku - do licha ze skromnoscia; przenosze z komentarzy do notki... Tu jest godne miejsce dla tej wypowiedzi :)) Ale komentarzy nie ruszam, by nie burzyc milej rozmowy :)) S.] zamorscy-przyjaciele 2007-02-17 18:25:49 skomentuj (4) Gdzie zyjecie, Zamorscy? (Magdusia) Gdzie zyjecie, Zamorscy? Czy odnalezliscie swoje miejsce na swiecie, czy wciaz jestescie w drodze do Ziemii Obiecanej? Bo tak sie zastanawiam, czy, cholera, ze mna cos nie tak, czy tak po prostu jest, ze pragnienia wiecznego tulacza wpisane sa w ludzka egzystencje? * Mieszkalam na glebokiej, galicyjskiej prowincji i od czasu, kiedy tylko wyroslam z paiskownicy, uciekalam od tego sielskiego, spokojnego zycia gdzie pieprz rosnie! Nie chcialam byc wiecznie "corka Jozka", "wnuczka Heli", sasiadka Kazka Barana. Marzylam o wolnosci w szerokim tego slowa znaczeniu. Zycie w duzym miescie oszalamialo przestrzenia i otwierajacymi sie mozliwosciami. Sam fakt,ze mialam do wyboru nie jeden sklep GS -u, ale tysiace sklepow, w ktorych moglam kupic chleb, sprawial, ze czulam sie czlowiekiem swiatowym :) Ludzie z otwartymi umyslami, pelni planow i pomyslow wydawali mi sie najwspaialsi na swiecie!Moglam zapalic paierosa na ulicy albo jechac na Zoliborz tramwajem w siwej, rozczochranej peruce, odziana jedynie w slawkowy, pasiasty szlafrok, i pies z kulawa noga nawet sie za mna nie obejrzal! No wlasnie... W pewnym momencie, niesiona tlumem gdzies w okolicy Domow Towarowych Centrum, uswiadomilam sobie, ze moge po prostu umrzec na ulicy i pochowaja mnie w zbiorowej, anonimowej mogile, bo przeciez NIKT nie wie, ze jestem "corka Jozka", "wnuczka Heli" itd. Blogoslawiona anonimowosc zaczela mnie dusic i pewnego dnia stwierdzilam, ze wole do konca zycia pasc byki na Tworylnym niz zyc w miescie :) * Potem jeszcze w wielu, wielu miejscach probowalam zapuscic korzenie i wciaz czulam sie jak wieczny emigrant. Moglam opisywac te same emocje i codzienne problemy co Basia z Nowej Zelandii czy Tomek z Londynu. Gdyby nie fakt, ze zalozylam rodzine i musialam zaczac prowadzic osiadly tryb zycia,pewnie dzis bylabym kloszardem :) Wciaz nie trafilam na takie miejsce, ktore powaliloby mnie na kolana i z pokora uznalabym, ze to wlasnie TO. Patrze z zazdroscia na sasiadow zza plota. Wygrzewaja kosci w promieniach wiosennego juz slonca, zachwycaja sie pierwszymi, przedwczesnymi kwiatami forsycji, patrza z podziwem na swoj dom - typowy "bunkier" z lat siedemdziesiatych i wspominaja - "A pamietasz,Trudziu, ile my sie pustakow narobili????" Trudzia zapewne do konca zycia nie zapomni, bo w miedzyczasie kilkoro dzieci urodzila i odchowala, a budowa trwala ladne kilkanascie lat przeciez. Jest co pamietac. W pocie czola, wlasnymi rekami to swoje miejsce na ziemii stworzyli! I ani do glowy im nigdy nie przyszlo "wymyslanie", ze moglo byc inaczej. * A mnie jakos ciagle przychodzi... Moze to jakas wada genetyczna? Raz marze o wsi zabitej dechami, takiej, zeby bron Boze zaden PKS nie dojezdzal! Wracam do domu, mocze pecherze na nogach ( bo do PKSu bylo kilkanascie kilometrow!) mamroczac pod nosem... "Zadnej wsi!" Pare miesiecy pozniej - widze oczyma duszy, jak na stare lata zasiadamy, miedzy golebiami, na obsranej lawce na Plantach, i studiujemy z zapalem repertuar najblizszego teatru :) Wracamy z Krakowa. Spodnica upaprana golebim lajnem nadaje sie tylko do wyrzucenia. Do teatru nie bylo juz biletow, ale za to wystarczylo nam na wystawny obiad w barze mlecznym. Wyciagam nogi pod osobista brzozka, we wlasnym ogrodzie, i oddycham z ulga. Wszedzie dobrze, gdzie nas nie ma... na tym to wszystko polega? zamorscy-przyjaciele 2007-02-10 13:44:06 skomentuj (12) MÓJ KAPUŚCIŃSKI (Czarna Ewka) Jest taki fragment z "Podróży Herodota", w którym Kapuściński pisze o swojej relacji z autorem "Dziejów". Określa ją tak: "Ale było też i coś więcej. Bo w miarę, jak płynął czas i coraz to wracałem do "Dziejów", zacząłem odczuwać coś w rodzaju serdeczności, nawet przyjaźni z Herodotem. [...] Skomplikowane uczucie, którego nie umiałbym dokładnie opisać. Bo było to zbliżenie z człowiekiem, którego nie znamy osobiście, ale który ujmuje nas i pociąga takim stosunkiem do innych, takim sposobem bycia, że gdziekolwiek pojawi się jego osoba, od razu staje się ona zalążkiem, zaczynem międzyludzkiej wspólnoty, tworzy ją i spaja". * Lubię ten cytat, ponieważ wiernie przekłada się on na charakter mojego stosunku do Kapuścińskiego. Skomplikowane uczucie, w którym wiele miejsca zajmuje podziw, szacunek, ale i coś jeszcze, coś dużo większego i bardziej ludzkiego. Coś, czego - niech mi wolno będzie powtórzyć za Kapuścińskim - "nie umiałabym dokładnie opisać". Kiedyś sobie uświadomiłam, że nawet jeśli czytam coś z zachwytem i żalem - bo książka jednak się skończy - to wcale nie znaczy, że uczucie do literek automatem przekłada się na zainteresowanie człowiekiem, który tę książkę napisał. Tylko czasami, w bardzo niewielu przypadkach (przynajmniej u mnie) autor "obleka się w ciało"; z Autora zmienia sie w kogoś żywego, kogo mozna sobie wyobrazić z łatwością - jego samego, jego przekonania, lęki, obawy; to, co lubi; czym się ekscytuje; na co patrzy. "Kto ujmuje nas i pociąga takim stosunkiem do innych, takim sposobem bycia." * W moim czytaniu Kapuścińskiego był obecny zachwyt dla sposobu, w jaki filtrował świat, zamykając go w obrazach. Do dziś pamiętam remizę z "Reklamy pasty do zębów" ("Busz po polsku"), podzieloną światłem na dwie części: czerwoną i niebieską, ze "zbyt ościstą piosenkarką" pośrodku. Albo Luandę z "Jeszcze jednego dnia życia", którą Kapuściński zobaczył zapakowaną w drewniane skrzynie i wyruszającą na poszukiwanie swoich mieszkańców. Albo pałac w Addis Abebie - na zmianę to przemieniający się pod nieobecność Cesarza w "makietę pałacu, w rekwizyt" z rozwieszonym na sznurach praniem - to ożywający z jego (Cesarza) powrotem, ze źródłem prądu w woreczkach z jagnięcej skóry, w "godzinie kasy". * Poza zachwytem był/jest jeszcze szacunek dla Kogoś, kto patrząc na świat i kolejne rewolty, konstatował: "Człowiek ma tysiąc sposobów, którymi może wyrazić swoje uczucia i myśli. Jest nieskończonym bogactwem, jest światem, w którym ciągle coś odkrywamy [...] o człowieku mozna napisać powieść, o tłumie - nigdy". Na swój prywatny użytek żywię przekonanie, że słowem, które stoi u progu całego pisarstwa Kapuścińskiego i określa je - jest słowo ZROZUMIEĆ. ZROZUMIEĆ, przed którym z podkulonym ogonem pierzcha inne - OCENIĆ. Jestem więc najzwyczajniej w świecie wdzięczna Kapuścińskiemu, że prowadzał mnie za rękę i pokazywał, jak "rozumieć". Że pozwalał, na przykład, asystować przy Jego odczytywaniu "Dziejów" Herodota; zadawać sobie razem z Nim pytanie: "Ciekawe, co w tych czasach [Dariusza] widzą ludzie oczyma wyobraźni, kiedy pada słowo "świat". Że zatrzymał się nad zającem, gonionym przez Scytów na oczach perskiej armii. Że odczytywanie historii w Jego wydaniu mogło być tak zajmującym zajęciem. * Kropką nad i dla rozkwitu tego "skomplikowanego uczucia" ;) były "Lapidaria" - zapis lektur, cytatów, notatek. Ze zdaniem: "Tegucigalpa: w Tegucigalpie nie ma o czym myśleć". I całą inną serią krótkich piłek, które podyktowała lancetowata przenikliwość mysliciela - aforysty. Chodzenie za Kapuścińskim od notatki do notatki; od jednego cytatu, jaki wynotował, ku kolejnemu - wydawało mi się najwspanialszym i niezasłużonym prezentem, który ktoś człowiekowi zafundował. * Dowiadując się o Jego Śmierci, poza wszystkim innym, poczułam się tak, jakby ktoś z hukiem zatrzasnął książkę, którą doczytałam dopiero do połowy. zamorscy-przyjaciele 2007-02-06 14:45:16 skomentuj (3) RYSZARD KAPUSCINSKI NIE ZYJE Mam taki kolek w gardle, ze nic nie napisze. zamorscy-przyjaciele 2007-01-24 09:46:17 skomentuj (6) Zbiorowa mogila (ewaryst) Wywołany do tablicy postanowiłem załatwić sprawę hurtem. Poniewaz nec Hercules contra plures, czyli, ze sam jestem za cienki, wezwałem na pomoc softwarewy przebój ubiegłego roku, program Erato 2006. Wystarczy wpisać kluczowe słowa, wybrać rodzaj poezji, w tym wypadku epitafium, i e voilà! Potem tylko z około 700 rezultatów należy wybrać najbardziej odpowiedni. Tu leżą pierś w pierś pełne szeregi Walikirii wirtualnego pióra. Los im dróg poplątał biegi, Rozprysnął po świecie, By hurtem w jednym połączyć je grobie. Przechodniu, przysiądź na mogile A odpocznij sobie. Pst, jednak, spędzaj cicho chwilę, Bo zbudzi się która. Los przewrotny jest tak i Znów zarżą w internecie Ich skrzydlate rumaki. zamorscy-przyjaciele 2007-01-23 10:00:07 skomentuj (1) DOROCIE, W GRANICIE (Skierka) Dorocie, w granicie wykujmy powicie: Niech się tu przygarnie, niech nie błąka marnie. Cicha była Dorotka, nie mówiła wiele, Cicho leży, gdzie chciala: tam, gdzie PRZYJACIELE. *** [To dla Dorotki, nie mylic z Dorka-Chuda. Ojej, rozkrecam sie, coraz lepiej mi sie rymuje; moze by sie zaczac wynajmowac do tego, nareszcie jakas praca, co na ulicy lezy... ;))] zamorscy-przyjaciele 2007-01-20 18:47:52 skomentuj (9) NA PLYTE MAGDUSI (Skierka) Wciśnięta między męża, dwa psy, cztery koty, między dzieci-anioły i dzieci-huncwoty, drzemiąc czujnie jak zając, Magda leży sobie - - co myślała naiwnie, że wyśpi się W GROBIE! * [a prosze bardzo - wedle inspiracji ;))] zamorscy-przyjaciele 2007-01-20 18:36:06 skomentuj (2) Usmiechlosu (goscinie! brawa!!) Tu leży usmiechlosu, codzień donosiła, że ładna, i że zgrabna, i niezwykle miła. Tak sobie to nosiła, wzorem pana wilka, aż sukcesów bezcennych skończyła się chwilka... Pod płytą usmiechlosu wyciąga kopyta, niech się żaden przechodzień o drogę nie pyta! Upierdliwa za życia, takaż i po zgonie, lepiej wiec nic nie mówić, niż źle mówić o niej. *** [Woow!! Brawo ta Pani! Wlasnorecznie wyciagam z komentarzy - bo przeciez zasluguje na miejce w pierwszym rzedzie. Suuper!! A zwlaszcza podoba mi sie to : "A co - jak wszyscy leza, to i ja stala nie bede!" Uprzejmie prosze - kto by sie chcial jeszcze, wzglednie kogo by chcial, polozyc?? Drzwi krypty szeroko otwarte :)))] zamorscy-przyjaciele 2007-01-20 18:29:01 skomentuj (2) Epitaffia? Spróbuję, może też potraffia /beata/ Tutaj leży, nareszcie sama, Magdusia: druga-mama. Spokoju nie zazna, więc, Przechodniu, tupnij, Musi być dobrze przyklepana. Silene, co stoi za mną właśnie, proponuje wersję zakończenia szlachetniejszą w formie: "lecz by nie wstała do pracy, niech lepiej ktoś ja porządnie łopatą przyklepie" * Czule karmił ciało lecz ruszał się za mało. Poezjo, rzeknij każdemu turyście: Niech wspomni o Ewaryście. * [to i ja cos panu E. doloze:] * Ewaryst, co kochał kuchnię Oraz swoją Asię, Kopnął w wiadro - Nikomu na nic już nie zda się... ;) zamorscy-przyjaciele 2007-01-19 10:59:44 skomentuj (6) NA PLYTE BEATY (Skierka, Wwa) Tu leży pod płytą W koronkach Beatka Pochwalcie jej wdzięki, bo jeszcze Wam natka. * (zainspirowane bielizna mierzona na Dzien Dziadka ;)) - no cos pieknego! - sprawdzcie sami w zapiskach-tesciowej) * Choć babka, i żona, krakowska matrona, czy bedzie zbawiona? Frywolną jest ona! * Gdy w ziemi przy żonie swej Doktór zległ, zaraz się cały Kraków zbiegł. Słuchali ludziska: - Któż w grobie się ciska?! - Odwróćcie wzrok, pójdźcie dalij... - Kochają się tam, Bo się całe życie kochali... * [Wrzucilam za pozwoleniem Zainteresowanej ;)) Ale nam tu ladnie przyrasta :))] zamorscy-przyjaciele 2007-01-16 22:47:00 skomentuj (0) "Czarna" Ewa (Poznan) Tutaj, czarno na białym, Czarna Ewka leży. Gościu, oko swe zakryj, Ewka bez odzieży. * [z pewna taka niesmialoscia wrzucilam, S.] * NAGROBEK DENTYSCIE Tu mój dentysta w pokoju spoczywa. Wpiszę mu ładnie, nie będę kąśliwa: Leżże, mój drogi, wyciągnij się śmiało - ząb czasu kąsa, nie będzie bolało. zamorscy-przyjaciele 2007-01-16 22:43:26 skomentuj (0) Bocian z Warszawy! (Chuda, Krakow) Kochane moje, chcialam Wam cos opowiedziec. W listopadzie 2004 byla u mnie kolezanka z Warszawy, a potem okazalo sie, ze jestem w ciazy. W grudniu 2006 byla u mnie kolezanka Skierka z Warszawy i okazalo sie, ze jestem w ciazy. Wiec nawyrazniej bociany do mnie przylatuja ze stolicy :) Braciszek albo siostrzyczka Piotrusia ma 6-8 tygodni (ja wiem ze 6, ale z obliczen lekarskich wynika, ze 8) i termin lądowania na 27 sierpnia 2007. Oj, bedzie sie dzialo :) usciski dorka ******** [Gratulacje najserdeczniejsze raz jeszcze, Chudziaczku!! Jedni zajmuja sie epitafiami, a inni, powiedzialabym, wrecz przeciwnie... Dzieciatko Chudej nie jest moje, tylko Pana Chudego :)) Ja tam tylko za bociana bylam, slowo ;)) A Pursulka - vel Krolik - zamierza urodzic Stasia za 7 tygodni. Nastepna zabawa musi, po prostu MUSI polegac na wymyslaniu kolysanek... * Najlepiej takich, jak w "Alicji...": "ZASNIJ DZIECKO JUZ, PIEPRZ DO NOSKA WLOZ, KICHAC ANI MI SIE WAZ, BO OD TEGO BRZYDNIE TWARZ, LULI LULI LU..." zamorscy-przyjaciele 2007-01-15 22:35:49 skomentuj (6) Krolicze epitafia kawowe (o poranku) A tu, proszę, leży ładnie, Tylko niech z krzesla nie spadnie Nikt, kto zywą ją był widział, I ten Boski dziwny przydział Nie na te lata przewidział. Tak więc, leży sobie zgrabnie Futerkowa-Króliczyna, Z włosem gęstym, ciałkiem mięsnym, Ustrzelona, Pursułczyna I aż szkoda, miast półmiska, Wsadzona jest w...... Ciemny grob. ******** Tu leży, czemuś to przedwcześnie zabrany, Pan Królik co, chociaż miał zdrowie lepsze Niż Kotek, który z doktorem obcował, Padł trupem przedwczoraj - Goniony przez wieprze... ******** Tam na polu, pod kapustą, Z głową wcale nie tak pustą, Pochowano, tydzień będzie, Królika, co bywał wszędzie, Gdzie mógł i gdzie nie mógł bywać Czapke-niewidkę nadziewać Starał się, gdy Woda Wielka Nie jak brata Elemelka Puszczała bez burz i sztormów Do ojczyzny Oszołomow. ******** Lezy tutaj Królik, który, Mowiac z bardzo grubej rury, Lenia miał często, i przez to Pisal tylko pod natchnieniem Skierki, ktorą uwielbieniem Darzyl, więc pośmiertnie ducha Wyslal do Zamorskich ucha. Naszeptał, ile duch może: "Epitafium, Redaktorze, Miało być? I proszę, wierz, Takie tylko leżąc w grobie Futerkowy stworzy zwierz!" * [Ha, ha! Dziekujemy bardzo! Nic tak nie ozywia akcji, jak swiezy trup, co sie sciele gesto... W uznaniu dodalam Ci wszedzie polskie, krolicze ogonki :)) Pursulko, prosze nie mylic epitafium z madrygalem. Madrygaly na moja czesc moze "zadam" pozniej ;))) Usciski]. zamorscy-przyjaciele 2007-01-15 17:47:42 skomentuj (0) |
||||