zamorscy-przyjaciele blog

Twój nowy blog

Cos o mnie.
Jest Nas Troje. I pies.
Mieszkam ze swoja rodzina w Milwaukee, w stanie Wisconsin, od wielu, wielu lat. Mieszkam i jestem ale… tak jakos nie do konca. To znaczy, ciagnie mnie do swojego kraju jak nie wiem co. Ani z nas porzadni Amerykanie, a i coraz mniej Polacy, wiec czas sie zdecydowac – czy woz, czy przewoz. Chyba bedzie przewoz (gratow za Ocean) bo zaczelismy budowe domu w Krakowie i plany sa, zeby w nim zamieszkac jak juz sie wybuduje.

Pozdrawiam. Karina

***
…To ja pozwole sobie cos przeklic od siebie, bo akurat wrocilam z kolejnego wypadu pod namiot i opisalam, jak to mi dobrze tak odpoczywac pod grusza. To nie jest zadne konkretne miejsce, liczy sie bardziej forma (namiot) niz tresc (czy jest co zwiedzic).
Jestem tu nowa, nie wiem, czy tak sie to robi u Zamorskich – wklejajac notke tutaj – czy do kogos sie ja wysyla…?
Biwakowanie mam chyba we krwi. Jako dziecko jeździłam na obozy, kolonie, zloty, najpierw jako zuch, później jako harcerz, wypady grupowe i indywidualne. To dopiero było coś. Wyjechać na dwa tygodnie na obóz pod namiot. Czy ktoś jeszcze pamięta te słynne dziesiątki? Wojskowe namioty z okrągłymi okienkami i za Chiny nie dającymi się domknąć płachtami wejścia?
Moja miłość do wakacji pod gruszą i życia na walizkach przetrwała do dzisiaj. Dość szybko odkryłam, że kempingowanie w Ameryce jest równie łatwe (o ile nie łatwiejsze), jak w kraju. W naszą podróż poślubną zapakowaliśmy więc plecaki, śpiwory, namiot i wyruszyliśmy w blisko trzymiesięczą wędrówkę po Ameryce.
*
Kempingowaliśmy właściwie wszędzie. W śniegach Gór Skalistych, na pustyniach Nevady, w jaskiniach, w parkach narodowych, na łąkach, w lesie. Rozbiliśmy się nawet na wyspach Hawajów, bezpośrednio na plaży, zasypiając wsłuchani w kojący szum fal Pacyfiku. Było pięknie, ciekawie, wakacyjnie. Bywało też groźnie, bo a to głodny niedźwiedź węszył dokoła naszego namiotu, a to znowu piorunami waliło na prawo i lewo, a to ulewa nas podmyła, a to pomyliliśmy parki i w środku nocy w pośpiechu ewakuowaliśmy się przed grupą niezbyt przyjaźnie nastawionych do nas wyrostków.
*
Z biegiem lat wymieniliśmy wysłużoną dwójkę na coś większego. Mieliśmy przecież dużego psa i dziecko w drodze. Kupiliśmy namiot rodzinny, trzyizbowy. Owszem, jest teraz więcej zachodu, bo i namiot cięższy, większy, i już nie tylko plecaki, śpiwory i karimaty, ale także rowery i wózek trzeba wziąć ze sobą (jakieś zabawki, poduszeczki, pontoniki, kremiki, krzesła, krzesełka, stolik, stoliczek, koce, ręczniki, przenośną lodówkę…).
Ale i tak warto. Jest to super przygoda dla nas, a teraz także dla tego małego człowieka, który pokochał biwakowanie tak samo jak my. Bez wakacji pod namiotem nie wyobrażam sobie lata. Tak najlepiej odpoczywam. Tak się relaksuję. Dorzucając drwa do ognia, rozmawiając godzinami albo milcząc ze sobą, wpatrując się w gwiazdy, trzymając B. za rękę, wtulając się w pachnącą ogniskiem bluzę, wsłuchując w odgłosy nocy, obmywając zmęczone nogi w zimnym, rwącym potoku, rozwieszając ręczniki na prowizorycznym sznurku między drzewami, budząc się wraz z pierwszymi promieniami słońca i chodząc spać z kurami.
*
I tylko czasem mam pecha i trafiam na przypadkowych biwakowiczów, takich, którzy nie wiadomo po co i w jakim celu przyjechali na kemping. Hałaśliwych, głośnych, krzyczących przenośnymi odbiornikami telewizyjnymi i radiostacjami z aut-potworów. Śmiecących dokoła, prowokacyjnie natarczywych w swoim rozumieniu „obcowania z naturą”. Pozostaje mi wtedy jedynie przeczekać do następnego dnia, tygodnia, roku. I mieć nadzieję, że następna wyprawa przyniesie nam nieco bardziej wyciszonych sąsiadów.
Takich, co to Herbertowską stosują zasadę, że „Poczucie smaku pewnych rzeczy robić nie pozwala”…
***
Dziekujemy, zapraszamy!
(Skierka w imieniu Zamorskich)

Hej przyjaciele, gdzie jesteście? Wyrośliście stąd? Zawsze wracacie? Tęsknicie? I uciekacie stąd… Realizujecie się na własnych blogach?
A ja biegam po waszych zapiskach, czytam, komentuję lub nie i wszędzie czuję się jak gość. Dlaczego nie ma was tutaj? Choć na chwilę… A co z nami, którzy nie piszą własnych blogów i tylko na Zamorskich czuli się jak u siebie, wśród przyjaciół? Nie zostawiajcie nas. Proszę…

Jej, zupelnie nie zauwazylam, ze to wlasnie teraz – w czerwcu – przypada trzecia rocznica powstania Zamorskich.
No i co, no i co??
Jakies podsumowania, wnioski, plany na przyszlosc?
Nie mam pojecia…
Wiele sie wydarzylo przez ten czas, to pewne.
Z „pnia” tego bloga (gluchy jak pien) wystrzelily nowe galazki – inne blogi.
Wiekszosc jest w linkach, oraz inne fajne blogi tam sa. Cos na ksztalt srodowiska malego powstalo…
Niektorzy autorzy rozkwitli – nie tyle nawet w pisaniu (to nie takie wazne), ile – jako ludzie, stali sie kims innym, niz byli tutaj na poczatku, zgromadzili wokol siebie przyjaciol – bynajmniej juz nie Zamorskich i nie wirtualnych.
I to jest gleboki sens istnienia tego bloga, choc calkowicie uboczny i w zadnym razie niezasluzony przeze mnie.
Niektore przyjaznie i znajomosci sie skonczyly. Tak pewnie musialo byc. Pojawily sie nowe, o ktore trzeba dbac, bo wszystko, co oswojone, wymaga stalosci i dbania – co w miare mozliwosci staram sie czynic; a Wy??
Dziekuje. Pozdrawiam. Tyle.

U Marka, szczesliwie – jakby lepiej, choc zapewne droga wciaz daleka… Ale ma szanse odzyskac zdrowie w pelni – co samo w sobie jest cudem! Zaczyna chodzic. Ma wrocic wkrotce do domu.
Prawdziwe swieto Zmartwychwstania. Smierc jednak nie ospuszcza latwo… Najpierw waterloo napisala, ze w ciezkim stanie znalazl sie w szpitalu jej kuzyn.
A dzis, tuz po powrocie ze swiatecznego wyjazdu, Dorota – kolezanka z pracy – zahaczyla mnie w windzie: – Wiesz oczywiscie, ze Pawel nie zyje?
Oczywiscie, nie wiedzialam.
Zrobilo mi sie zimno. Pawel: spokojny, cichy, wielkooki brunet, ktory pracowal w sasiednim pokoju, podsmiewal sie z dowcipow, ktore tam opowiadano, czestowal mnie cukierkami. Ledwie zaczelismy ze soba pracowac. Grzeczny, uczynny.
Wydawal mi sie okazem zdrowia – potem mi powiedzieli, ze jest schorowany, a pozorna „masa” ciala to rodzaj opuchlizny, bardzo jasna cera „sinego bruneta” – slad choroby serca.
Dobrze chociaz, ze wyslalam wszystkim zyczenia mailem tuz przed wyjazdem.
Nie bylo mnie na firmowym „jajeczku”, gdzie Pawel stal oparty o parapet, zartujac i komentujac zdarzenia z Ania, wesola dziewczyna z innego dzialu. Ale pamietam, jak na poprzednim spotkaniu Agnieszka, pracujaca w recepcji, wyciagnela go do tanca i jak zaczeli wywijac w waskim korytarzu, na firmowej czerwonej wykladzinie.
- Ach, Pawel swietnie tanczy! – skomentowala to Hania, ktora byla z nim w jednym dziale. – Lubi to i robi naprawde dobrze, nie po raz pierwszy go widze.
Ja widzialam po raz pierwszy i, jak sie okazuje, ostatni. Lubil tanczyc, zwracal uwage na ludzi, dzielil sie drobiazgami, nie zabieral glosu niepotrzebnie. Podobno byl fantastycznie sprawnym, pofesjonalnym grafikiem (az szkoda, ze widzialam go stale siedzacego nad bzdurnymi, jaskrawymi gazetkami naszego wspolnego klienta!).
Lagodny, zrownowazony, powzechnie, jak sie okazuje, lubiany i szanowany.
Mial tylko 24 lata, mloda zone i 3-letniego synka.
W Wielkanoc mial wylew.
Dzis caly dzien nam uplynal pod znakiem nekrologu, pozegnania, napisu na szarfie, lez w oczach. Ech, zycie.
A przeciez to tylko moja praca – nowa, od niedawna.
Przeciez ledwie go poznalam. Nie planowalam, ze sie bede zaprzyjazniac, przywiazywac, plakac po kims – nie tak mialo byc :(((

kartkabn9yn4.png

[pozwolilam sobie przekleic te wiadomosc z bloga drugiej-mamy. Przepraszam Cie, Pursulko, ktora wlasnie "odrobilas lekcje" w sprawie Moje Miejsce na Ziemi - wiem, ze nie bedziesz mi miala zaa zle odciagania uwagi od Twojej notki ;) ]
* * *
ZYJE!!!!!!!!!!!!!!!
ZYJE!
zYJE!
zYJE!
Ludzie, jestem najszczesliwszym czlowiekiem pod sloncem.
Operacja byla bardzo dluga i bardzo trudna. Wystapily komplikacje.
Chcial mi zwiac, chlopina, ale nie mja lekko – tak latwo sie nie umiera :)
A tego neurochirurga to jutro po rekach wycaluje normalnie!
Lece z nog ale nie ma to kompletnie zadnego znaczenia.
Asia mnie przy zyciu trzymala calkiem skutecznie – mam nowa siostre!
Takiego wspolnego dowiadczenia sie po prostu nie zapomina.
Zjadlam najlepszy na swiecie rosolek – dzielo Krysi kochanej, teraz pije herbate z cytrynka i wale sie spac.
O szostej pielegniarka konczy zamowiony dyzur a ja wracam do Mareczka jak nowa.
Nie mam sily ani czytac ani pisac, sorry, ale wiem, ze jestescie, czuje wasza obecnosc. I prosze o jeszcze, bo to dopiero poczatek…
Dzis znow dziekuje Bogu za kolejny cud, jaki uczynil w moim zyciu.
I ide spac, bo po prostu zaraz padne na dywan Kryni i wyladuje kolo meza na intensywnej terapii :)
Hmmmmm…. calkiem interesujaco zabrzmialo :)

druga-mama 2007-03-23 21:26:43
skomentuj (17)
* * *
Dzieki, Asiu, dzieki, Kryniu!!
Chyba dam na msze, slowo daje…

Bylam na studiach, kiedy zapytana przez owczesnego „przybocznego” o przeprowadzke do innego miasta obruszylam sie, niemal prychnelam. Przeprowadzka do innej dzielnicy w obrebie ukochanego Poznania byla wlasciwie niemozliwa. Bo Dziadzio przeciez mieszkal od Nas (mnie i Mamy) niecale dwie minuty drogi i jak to tak…. zostawic go samego (Babunia od paru lat ogladala nas z gory). Przyjaciele prawie wszyscy mieszkali blisko. Do Truskawki – przyjaciolki z piaskownicy – moglam wpasc na poranna kawe, po drodze sprawdzajac czy Dziadzio dotarl juz do domu po mszy i zasiada do sniadania. Do Lika – Karolika moglam przejsc w paputach – mieszkala po przeciwnej stronie tej samej, wielkiej klatki schodowej. Do Milka – przyjaciolki ze szkolnej lawki jechalam 10 min autobusem, do Korbusia, przyjaciela z czasow kiedy na religie chodzilo sie do kosciola – dreptalam 10 minut spacerkiem.
Najdalej bylo do Bielska i Katowic. To drugie, oswojone dzieki polrocznym wyjazdom w dziecinstwie, miejsce, ktore smialo moglam nazwac Domem. Byl to jednak Dom wakacyjny, chwilowy, w ktorym spotykamy sie cala rodzina do dzis na Swieta wieksze i mniejsze.
Moim miejscem na ziemi przez 25 lat byl Poznan i nie wyobrazalam sobie, ze kiedykolwiek bede mogla i chciala to zmienic.

Wyjechalam zaraz po studiach do tego malutkiego, prowincjonalnego miasteczka na poludniu Stanow. Przeprowadzkom nie bylo konca. Przez pierwsze dwa lata zmienilam adres conajmniej trzy razy. A to wspollokatorzy sie wyprowadzili, a to do pracy bylo daleko, a to skonczyla sie umowa najmu, a to znalazlam lepsze lokum….. I nagle okazalo sie ze wlasciwie wystarczy przeniesc lozko, patchworkowa posciel, swieczke, pare zdjec w ramkach, aktualnego „przybocznego” i po chwili czlowiek czul sie prawie dobrze….
To bylo, jednak, przyznac to musze szczerze, zycie studencko- imprezowe, przeplatane wariacka, ponad sily i mozliwosci praca. Jak tylko na chwilke zatrzymal czlowiek te wielka machine – uczucie pustki, zmeczenia nie do odespania i jakiegos wewnetrznego chaosu, nawiedzalo czlowieka natychmiast.
Po pieciu latach, spakowalam dobytek w pare kartonow i przefrunelam z dusza na ramieniu ale takze z wielka nadzieja na to, ze w Polsce odnajde spokoj i swoje miejsce.

Wyladowalam w Berlinie. Cala trase do Poznania przez okna samochodu ogladalam jakze inny, jesienny krajobraz polskiej wsi. Palone liscie, zlote slonce, szybki zmierzch, zapach ziemi – byly tak rozne niz karolinskie palmy, Ocean i wielkie przestrzenie autostrad amerykanskich.
Osiedle, moj dawny pokoik, bloki, chodniki i samochody mimo pieknej aury robily przygnebiajace wrazenie…Nie potrafilam tego zrozumiec. Wszystko wydawalo sie jakies bardzo skromne, niewielkie i chyba jednak szare (mimo swiezo polozonej na wszystkich blokach farby, nowych oslon na balkonach i zlotej, polskiej jesieni na kazdym drzewie).

Bardzo szybko odnalazlam stare,wydeptane sciezki. Co prawda Truskawka przeprowadzila sie pod Poznan, Korbi kupil mieszkanie w innej dzielnicy, Milek zostal w Stanach ale Lik-Karolik przypadkowo ponownie mieszkal w sasiedztwie a do Patrycji (kolezanki ze studiow) mialam ze swojego przytulnego, oddanego do dyspozycji przez Tate, mieszkania, tylko10 minut marszem.
Szybko podlaczylam telefon, internet, znalazlam najblizszy basen i prace. Wykupilam sieciowke, sprawdzilam, ktory sklepik ma najlepsze jablka i surowki, zaczelam regularnie sledzic program teatrow i koncertow.
Bielsko przywitalo mnie jak zwykle spokojem bezowych murow i zielonych okiennic domu. Wszystko bylo jak dawniej. Okragly, wielki debowy stol w jadalni, ukochane Ciocie, wielki orzech w ogrodzie i niedzielny spacer po gorach.
Polska przestala wydawac mi sie szara bardzo szybko. Jak zwykle zaprosilam wszystkich przyjaciol w styczniu na wielkie wspominanie i nie tak wielkie pijanstwo. Wielkanoc przyszla do mnie ponownie w Bielsku a przerwa majowa zaowocowala wyjazdem na Lemkowszczyzne.

I gdyby nie to, ze moja praca dosc nagle sie skonczyla, moj przyszly maz nie mogl przyjechac na zaproszenie bezrobotnej narzeczonej(co przy zapraszaniu obywatela Federacji Rosyjskiej jest nie bez znaczenia) a mnie wpadlo do glowy ze moze niewiele to zmieni jezeli na chwile jeszcze pojawie sie w USA a do Poslki wrocimy juz razem– to pewnie wlasnie budowalibysmy kolejna sciane naszego drewnianego domku.

Moje miejsce na ziemi jest w Polsce. Tam gdzie wszystkie, myslace i czujace podobnie twarze ludzi najblizszych i dalszych pojawiaja sie przy okazjach takich czy innych, przy rozmowach do switu i tych pieciominutowych.
Moje miejsce na ziemi jest tam gdzie moj Stas bedzie mogl nauczyc sie polskich koled, polskich wierszy, polskich piosenek, przeczyta po polsku gazete i ksiazke i nie powie do mnie Mommie tylko Mamusiu.
Moje miejsce jest tam gdzie bede mogla podzielic sie tym co mam z ludzmi, ktorzy towarzysza mi cale moje zycie. I nie wazne, ze jak przyjada w odwiedziny beda spac na materacu w duzym pokoju a mnie nie bedzie stac zeby oplacic im hotel. Nasze rozmowy bede pamietac, tak jak pamietam wszystkie te, ktore mialy miejsce dopoki nie wyjechalam.
Tutaj moglabym za chwile miec dom, co roku zmieniac samochod, kupowac sobie najpiekniejsze ciuchy i nie martwic sie o to czy wystarczy nam na wakacje.
Na moje urodziny nie przyszedlby nikt kogo kocham i cenie, Swieta spedzalibysmy tylko w trojke a Rodzina i znajomi znaliby Staska tylko ze zdjec…..
Nie, nie… moje miejsce jest w Polsce.
Wypuscic sie w daleki swiat zawsze mozna jeszcze na chwilke…. ale najpierw trzeba posadzic swoje drzewo… Synka juz mam.

Marek

7 komentarzy

Przyjaciel nasz jest w szpitalu.
Stan ciezki, stabilny. Ma byc operowany. To Marek, maz Magdusi, ktora tu razem z nami rozwijala watek zamorskich-przyjaciol.
Strasznie sie martwie.
Caly czas mam nadzieje, ze Pan Bog ma swoje, zupelnie inne, niz sie obawiamy, plany w stosunku do tej dwojki wspanialych ludzi, ktorzy tak bardzo sie kochaja – i w stosunku do ich rodziny, nad ktora opieka Opatrznosci czesto zdawala sie tak wyrazna.
Wstyd byc malej duszy i watpic, skoro sie wierzy, nalezaloby ufnie patrzec w przyszlosc.
Ale czlowiek jest malutki i najbardziej chcialby, zeby juz bylo dobrze, juz bylo po strachu.
Markowi trzeba zdrowia, szczescia, szybkiego powrotu do domu. Magdusi duzo sil, spokoju i nadziei. Ich dzieciom swiadomosci, ze wielu ludzi mysli o nich i w razie czego pogna z pomoca.
Jest o co sie modlic. Mnostwo ludzi sie modli juz od kilku dni, Magda mowi, ze lancuch prosb opasal Ziemie – od osob prywatnych przez wspolnoty, ze niemozliwe, zeby Bog tego nie uslyszal.
Mysle, ze slyszy i wie – ale dolaczcie i Wy :))
Im wiecej nas i im wiecej dobrej mocy jestesmy w stanie poslac im dwojgu i w niebo, tym lepiej.

Na newsy mozna liczyc na blogu Usmiechulosu – patrz link ASIA po prawej (mieszka na Slasku, Magda byla jej gosciem, a obecnie przeniosla sie do Kryni – tez blogoprzyjaciolki; ktora mieszka niedaleko szpitala).
***
OPERACJA MA BYC W PIATEK.
***
Duzo dobrych mysli Markowi rzeba bedzie od nas…
Usmiechlosu wymyslil jeszcze cos, nie chce zdradzac na Zamorskich – ale mozecie przeczytac u niej. Poza tym, poslalam maile wszystkim Zamorskim. Jezeli macie ochote, przylaczcie sie.
Pozdrawiam, S.

Zdumiewają mnie są zbiegi okoliczności. O, na przykład tutaj: Magdusia rzuca temat “moje miejsce” i zaprasza do zwierzeń, a ja właśnie stoję na rozdrożu, w pyle dróg, i rozglądam się, w którą by tu pójść stronę, zastanawiam się, czy przeflancować naszą rodzinę na zupełnie nowy grunt, czy zostać, czy wrócić.

Bo z jednej strony zostać jest najwygodniej. Zamienić mieszkanie na większe, co w kontekście powiększającej się rodziny jest raczej nieuniknione, i zostać w Krakowie, najlepiej tak jak teraz, poza rejonem, w który dolatują gołębie.

Kraków kochałam zawsze. Od pierwszej szkolnej wycieczki, od hejnału słuchanego co niedziela w trzeszczącym radiu u dziadków przed rodzinnym obiadem. Zazdrościłam rodzinie mieszkającej w Krakowie, która na każde święta przysyłała kartki, i do której adresowało się życzenia na ul. św. Marka. Kiedy w końcu ich odwiedziłam, mało nie padłam z zachwytu, że to tak blisko Rynku. Kiedy zaczęłam studia w Krakowie, uwielbiałam te poranki, kiedy przed 9.00 przecinałam płytę Rynku biegnąc na zajęcia. Było pusto, w powietrzu unosiła się poranna mgła, pod Adasiem rezerwiści wydobywali z zachrypniętych gardeł ostatnie okrzyki, obsługa kawiarni, restauracji i kafejek myła szlauchem chodniki przed lokalami i leniwie rozstawiała stoliki. Kamienice spały jeszcze mocno po kolejnej przebalowanej nocy, trzeźwiejąc na rześkim powietrzu (Rynek krakowski nigdy nie zasypia na długo, latem o 4.00 jest tam równie gwarno i rojno jak o 16.00). A jak spojrzałam w dal, w kierunku zamglonego Wawelu, to mnie taka błogośc ogarniała, że byłam zdolna tylko myśleć “Dzięki Ci Panie, że tu jestem i to widzę”.

Widywałam ja i nocny Rynek, nie myślcie sobie, że taka cnotliwa studentka ze mnie była, że tylko te poranki. Wybrałyśmy się onegdaj z moją przyjaciółką D. na Rynek nocą, na piechotę z miasteczka studenckiego. Zasiadłyśmy w ogródku z widokiem na wieżę ratuszową, dwie damy w powłóczystych sukniach, bo takie się czułyśmy wtedy zwiewne i eteryczne, i zamówiłyśmy napoje bynajmniej nie przystające cnotliwym studentkom zacnej filologii polskiej, ale korespondujące z naszymi strojami. Wszak zwiewne damy gorącą, czerwcową nocą na Rynku nie pijają kakako. Poprosiłyśmy o martini i dostałyśmy je z oliwką. Żadna z nas nie znała jeszcze tego specjału, więc po wysączeniu drinka chciałyśmy spróbować, co to takiego. Nasze reakcje były identyczne: oczy w słup i tfuuuu! z powrotem do kieliszka. Zgoła jak nie damy.

Kocham Kraków z turystami, gołębiami, Kazimierzem, Wisłą, Pożegnaniem z Afryką, kinem Mikro. Zawsze będzie to część mnie. ALE.

Ale marzy mi się domek gdzieś na wsi spokojnej, z ogródkiem, w którym posadzę krzew piwonii i poziomki pod płotem i malwy przed kuchennym oknem, i brzozę, i maciejkę posieję, żeby pachniała tak, jak pamiętam z dzieciństwa. I z tyłu, od południa, z widokiem na góry, będziemy mieli miała werandę obitą drewnem, skrzynki i doniczki z pelargoniami i skrzypiące schodki do ogródka, do tych poziomek. I fotel bujany wiklinowy. I psa będziemy mieli, wielkiego i kudłatego, i będę chodziła w słomkowym kapeluszu na głowie i w kwiecistych sukienkach.

I tylko gdzie ten domek miałby stanąć? Może pod Krakowem? A może w moim rodzinnym miasteczku, gdzie (zapewne zupełnie przypadkiem!) mamy działkę z widokiem na góry i z możliwością werandy od południa. Bo moja rodzinna okolica ciągle we mnie żyje, a ostatnio myślę o niej znacznie częściej, niż wcześniej. Kiedy tam bywam teraz, z perspektywy Krakowa potrafię dojrzeć to, czego nie widziałam przed laty, owładnięta szaleńczym pędem, żeby wyrwać się w świat. Czyli do Krakowa właśnie :) Patrzę na rynek, który jest centrum komunikacyjnym, skąd odjeżdżają busy i autobusy do pobliskich miast i wsi, ale też przejeżdżają lśniące autobusy dalekobieżne, po których w smrodku spalin wyczuwa się dreszczyk wyprawy w dalekie strony. Chodzę po rynku, gdzie umawia się miejscowa młodzież w sobie tylko wiadomych celach, oglądam pomnik św. Floriana, obrośnięty zielenią, przyglądam się krzywej nawierzchni. Widzę klasyczny małomiasteczkowy spokój i luz. Pasażerowie czekający na autobus, pijaczkowie kręcący się pod sklepem z nadzieją, że ktoś postawi, zacne matrony, przechadzające się z siatkami na zakupy. Jeśli ktoś się spieszy, to spieszy się niespiesznie, jakby wszyscy tutaj wzięli sobie do serca łacińską maksymę festina lente. Zdumiewające, bo trudno, przyznacie, podejrzewać odwiecznych pijaczków o mózgach wyjałowionych siarą z niewinną wisienką na etykiecie, o znajomość klasycznych senstencji. A może to ja upraszczam?

Nie tkwię w błędnym przekonaniu, że “tu się nic nie zmieniło”. Zmieniło się, owszem, bardzo wiele. Na placu targowym, gdzie kiedyś sprzedawałam maliny, zrywane o poranku na plantacji rodziców, stanęły budki, kioski, sklepiki, stoły. Toaleta publiczna, którą omijało się szerokim łukiem jak najgorszą melinę, została odremontowana, wypucowana i pachnie. Budynki urzędowe wyremontowano i odpicowano, na ich podwórzu położono nową kostkę brukową. Budynek lecznicy dla zwierząt przeorano do gołych ścian nośnych i zrobiono porządne, nowoczesne przedszkole, zgarniając w jedno miejsce dzieci z kilku placówek. I chyba tylko Burmistrz, swój chłop, nie poddał się ogólnej tendencji renowacji, bo nadal jeździ starym polonezem. Ale nie wszystko w moim miasteczku zmieniło się na lepsze. Są tereny niczyje, nie gminne, więc tak naprawdę nie wiadomo skąd wziąć na nie pieniądze. Z placu zabaw w parku zostały tylko te elementy poszczególnych atrakcji, które są przybetonowane w ziemi. Od czasu do czasu litościwie pociąga się je świeżą farbą. Muszla koncertowa, niegdyś miejsce hucznych akademii i cel rodzinnych spacerów, na których zachwycałyśmy się prawami akustyki, zarośnięta, omszała, popękana. Park zdziczały, malownicze stawy wyschnięte, asfaltowe alejki pełne dziur.

I chce mi się do tej mojej krainy dzieciństwa, bardzo mi się chce. ALE.

Ale może by tak jeszcze gdzieś w świat wyskoczyć? Może pomieszkać trochę w Nowej Zelandii? Mąż mi już obiecał stadko owiec, które mogłabym wypasać w towarzystwie naszych dziatek. Zielono, cicho, spokojnie, sielsko-anielsko… ALE.

I tak cały czas, w kółko, zawsze jest jakieś ALE. Od rana do wieczora :)

Widzę, że nie jestem jedyny który sprawą Doliny Rospudy się przejmuje, czego dowodem jest choćby zielona wstążka.
W zeszłym roku byliśmy na spływie kajakowym w tej dolinie. Naprawdę, śliczne miejsce! To były jedne z moich najpiękniejszych wakacji w życiu.
Oglądając kolejne informacje na ten temat, właściwie poza dodaniem osławionej wstążki wiele nie mogłem zrobić. Na szczęście jednak nie byłem (byliśmy?) sami i oto na Gazeta.pl ukazał się artykuł który można uznać za iskierkę nadziei.
Może – przy poparciu UE, ekologów, a przede wszystkim nas – uda się uratować tak piękne miejsce? Naprawdę, niewiele jest takich miejsc na Ziemi i trzeba o nie dbać.
Zachęcam do dołączenia sie do akcji wszystkimi sposobami…

Uf, uf. Debiut chyba niezły.


  • RSS